Gwarancją sukcesu jest...

Jak pisać książki, kiedy ma się pracę na dwie zmiany i trójkę dzieci? Nie jest to niemożliwe, tylko jak to zrobić? Jak w ogóle dowieźć coś do końca i postawić ostatnią kropkę?

Kolega pokiwał głową ze zrozumieniem i powiedział:

- Najważniejszy jest pomysł. Jak masz pomysł, to po prostu siadasz i reszta już pójdzie.

Koleżanka stojąca obok zamachała rękami. 

- Pomysł? Pomysł? Co ci po pomyśle, jak nie masz weny! Najważniejsze, żeby mieć wenę. Ona i pomysł i jakoś to pójdzie.

Stałam obok i ja i również kiwałam głową. A im więc liter za sobą zostawiam, tym kiwam bardziej. Cud, że nie jestem spokrewniona ze wszystkimi tymi plastikowymi pieskami, które stoją za szybami samochodów. Tak, pomysł jest bardzo ważny. Z pomysłami to jest jednak tak, że w trakcie pisania ewoluują dość mocno i efekt końcowy potrafi bardzo się różnić od pierwotnych zamierzeń. Wena też jest ważna, ale z weną jest tak jak w piosence - pojawia się i znika, i znika, i znika. A znika bardzo często na bardzo długo i tak naprawdę jej obecność można podciągnąć raczej pod epizod niż pod normę a tym bardziej stan permanentny.

No dobrze, pomysł ewoluuje, wena znika, to co pozostaje? Ponieważ piszę właśnie czwartą książkę (druga wyjdzie w styczniu, trzecia w kwietniu), to chyba mogę już coś o tym powiedzieć. Zwłaszcza że jak dotąd udaje mi się wpleść pisanie w pracę zawodową i życie rodzinne. Pozostają dwie bardzo prozaiczne rzeczy, takie, o których mówi się niechętnie, bo i przebojowe nie są, i kojarzą się jakoś nieszczególnie miło. Człowiek, kiedy o nich myśli, widzi oczami duszy zmęczenie, pot ściekający z czoła i chęć walnięcia wszystkiego w diabły. Pomysł i wena stanowią parę bardzo malowniczą. Natomiast para zapewniająca dowiezienie pracy do końca prezentuje się dużo skromniej. Panie i panowie, pozwólcie, że przedstawię: upór i żelazna konsekwencja.

Żeby coś napisać do końca, trzeba po prostu... pisać. Bez względu na samopoczucie, stopień zmęczenia, chęć lub niechęć do robienia czegokolwiek, porę roku, porę dnia czy nocy, czy co tam jeszcze. Zacisnąć zęby, pokonać wewnętrzny głos, by dać sobie spokój i raz po raz zmuszać się do wysiłku. A to nie jest takie proste.