Mistrzostwa opinii radykalnych

Dwóch internautów chwyciło się za łby i dało sobie po razie. Poszło o pisarza. Cóż, takie rzeczy się zdarzają. 

Wymienili między sobą wirtualny odpowiednik prawego sierpowego lub walnięcia bejzbolem, co, bądźmy szczerzy, nie jest niczym zaskakującym w internetowym świecie. Nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie epitet, którym jeden z nich się posłużył. W stosunku to tegoż pisarza właśnie. Nie będę zdradzać tutaj, o kogo chodzi, dość powiedzieć, że o osobę znaną, nawet bardzo znaną, której książki doczekały się zagranicznych tłumaczeń, a o nakładach, w jakich były wydawane, mógłby pomarzyć niejeden pisarz. 

Kiedy więc doszło do eskalacji emocji i wymiana zdań zaczęła przypominać wymianę pocisków z napalmem, jeden z adwersarzy, chcąc dopiec drugiemu zgodnie z zasadą "moja racja jest najmojsza", określił pisarza, którego bronił ten drugi, mianem - uwaga, uwaga - beztalencia. BEZTALENCIE. 

Słowo to ukłuło mnie jakoś tak personalnie, choć przedmiotem dyskusji nijak nie byłam. Poczułam solidarność z twórcą w ten sposób nazwanym. Beztalencie.

Cóż, każdy z nas ma swoich bardziej i mniej ulubionych pisarzy. Jedne gatunki literackie bardziej mu leżą i po nie sięga, drugie omija szerokim łukiem. Ja też. Mogę z upodobaniem zagłębiać się w kolejne książki np. Nesbø, co dla innej osoby pozostaje zupełnie niezrozumiałe, bo ona mojego entuzjazmu nie podziela w najmniejszym stopniu. Są więc autorzy, do których wracam, i tacy, których porzuciłam już po pierwszej książce, wiedząc, że po następne nie sięgnę. Nie zaiskrzyło między nami, nie porwał mnie.

Mogę też powiedzieć, że dana książka tej i tej osoby zupełnie mi się nie spodobała, choć na przykład inne owszem. Tak też się dzieje.

Są też książki, których nawet nie doczytałam (choć przyznam, że nie cierpię takich sytuacji i mam zwyczaj dotrzeć do końcowej okładki, nawet jeśli z każdą literą okazuje się, że nam coraz bardziej z autorem nie po drodze), tak bardzo mi się nie podobały. Zdarza się to każdemu i jeszcze się taki nie narodził, który by podpasował wszystkim. Dlatego mamy tylu pisarzy, tyle gatunków literackich, tylu piosenkarzy, gatunków muzycznych, by każdy mógł znaleźć coś, z czym będzie się mniej lub bardziej identyfikował.

Ale żeby powiedzieć o kimś "beztalencie"? Trzeba mieć w sobie sporo tupetu, żeby sięgać po tak radykalne oceny. Zwłaszcza wobec kogoś z takim dorobkiem. Trzeba mieć bardzo wysokie poczucie własnej wartości. Pytanie tylko, czy znajduje ono jakieś odbicie w stanie rzeczywistym.

Kretyn, muł, beztalencie, zdrajca, dziwka, złodziej, dupek, przygłup, dureń, debilka i tak dalej, i tak dalej. Świat internetu upodobał sobie radykalne określenia, które serwuje się łatwo, bo na odległość. Fakt, że nie stoi się przed kimś twarzą w twarz, sprzyja - i tu błysnę wyrazem - depersonalizacji. W wirtualnym świecie, który jest niczym innym jak karykaturą rzeczywistości, fruwają argumenty ad personam, bo na merytoryczne wypowiedzi mało kogo stać.

Wróćmy do tego internauty, który wziął pisarza i użył jako narzędzia, by palnąć tego drugiego w łeb. Ten drugi nie został mu dłużny. "Co? Beztalencie? Ty debilu, beztalencie to jest..." i tu padło oczywiście kolejne nazwisko. Również bardzo znane. Dla obu mam propozycję. Weźcie wy, panowie, siądźcie i napiszcie po książce. A potem ją wydajcie. I wystawcie się na ocenę innych. Ciekawe, jakich użyją określeń.