Jak otworzyć drzwi za pomocą książki?

Okazuje się, że w skromnej osiedlowej bibliotece znajdują się tajemnicze drzwi prowadzące do rejonów, o których się nie miało zielonego pojęcia. Jest też pewien klucz...

Przejście trudno zauważyć i właściwie większość je mija. Wystarczy jednak zbliżyć się do półek z poezją (która wciśnięta w kącik przez przeważające siły prozy dzielnie broni ostatniego szańca) i wytrwać (nie uciekać z wrzaskiem), zerkając na jej zawartość. Już wtedy zaczyna się je dostrzegać. Kiedy się wyciągnie rękę i zacznie przerzucać kartki różnych tomików, coś zaczyna się dziać. A kiedy w końcu stajemy przed panią bibliotekarką i mówimy "Wezmę to", usłyszymy coś na kształt skrzypienia dawno nieużywanych zawiasów.

W oczach bibliotekarki zalśniły łzy wzruszenia, kiedy podstawiała kod kreskowy książek pod czytnik.

- Mój Boże, nie przypuszczałam, że ktoś w tych czasach czyta poezję...

No cóż, zdarzają się takie świrusy.

Dlaczego warto sięgnąć po poezję z własnej i nieprzymuszonej woli, a nie pod groźbą kar wszelakich płynących ze strony placówek edukacyjnych? Z jednego, bardzo prostego powodu. Poezja niesamowicie otwiera. Kiedy człowiek zaczyna się z nią stykać, odkrywa, że ma gdzieś w mózgu ukryte małe drzwiczki, które prowadzą do tych rejonów jego umysłu, o których nie miał bladego pojęcia. I naprawdę zupełnie nie jest istotne, czy wiemy, co poeta miał na myśli, czy nie. Najczęściej nie wiemy i nie dowiemy się tego, bo zwyczajnie nie jesteśmy tym człowiekiem.

Poezja nie jest po to, żeby doskonale rozumieć, tylko żeby odkryć, co ona robi w nas samych. Poezję się poznaje poprzez emocje, poprzez trudno uchwytne drgania gdzieś tam w głębi serca. Trzeba pozwolić sobie na nierozumienie i otworzyć się na odczuwanie. Trzeba zapaść się w sobie, zgodzić się na duchowy kolaps grawitacyjny, jak ma to miejsce w gwiazdach tuż przed wybuchem supernowej, by uwolniło to ogromne pokłady... No właśnie, czego? Czegoś. W przypadku każdego człowieka może to być coś innego. Kreatywność, optymizm, radość, smutek, potrzeba rozliczenia się z sobą, cokolwiek. Ale warto.

Nie trzeba się bać poezji. Z poezją nie trzeba się spieszyć. Można pięć razy czytać ten sam wiersz. Czytać od początku tomiku i od końca. Przerwać i wrócić znowu. Literatura bez poezji byłaby dużo uboższa. Nie wszystko da się dosłownie wypowiedzieć i nie wszystko warto.

Na zdjęciu można zobaczyć moje dzisiejsze łupy. Poezja dwudziestolecia międzywojennego i S. J. Lec. Wbrew pozorom na studiach (polonistycznych!) na smakowanie poezji zupełnie nie było czasu. Liczyło się przyjęcie jak największej ilości treści, na tyle skuteczne, by zaliczyć kolokwium. Bez sensu. Przyswajam poezję w tramwaju. To dobry moment na wiersze, naprawdę.